Od ‘good’ do ‘outstanding’: droga do C2. Dlaczego – i jak – nadal pracuję nad swoim angielskim?

Lubię takich ludzi i takie sytuacje, które – czasami dość drastycznie – weryfikują moją opinię lub wiedzę na jakiś temat. W pracy są to ci, którzy nie boją się wskazać mi, gdzie popełniam błąd, gdzie moje założenie jest niepoprawne lub w jakim obszarze na dany temat brakuje mi wiedzy. Nie są to interakcje co prawda najprzyjemniejsze uczuciowo, ale o wiele przyjemniejsze logicznie – zachodzi wtedy transfer z nie wiem, czego nie wiem do wiem, czego nie wiem. A skoro wiem, to wchodzi to również w zasięg tego, na co mam wpływ – bo mogę swoją decyzję zmienić, opinię przerobić a wiedzę uzupełnić. Wpływu na to, o czym nie wiem, że powinnam się zająć, mieć nie będę, stąd doceniam szczere dyskusje i wnikliwość tam, gdzie – świadomie lub nie – zasłaniam się moim powierzchownym zrozumieniem jakiegoś tematu.

Z moją znajomością angielskiego było zresztą podobnie, to znaczy – miałam poczucie, jakąś zbudowaną w sobie opinię, że mój angielski jest dobry – na tyle dobry, że nie muszę już nad nim regularnie pracować. Zdałam w końcu jakiś czas temu IELTS na 7.5 w skali dziewięciostopniowej a przez długi czas, z powodu (jeszcze) niepłynnie mówiącego po polsku partnera, zdecydowana większość moich codziennych konwersacji odbywała się (i w zasadzie nadal się odbywa) po angielsku. Sporo po angielsku czytam, oglądam seriale na Netfliksie z angielskim podkładem i angielskimi napisami, więc jest to język, w którym czuję się relatywnie komfortowo i z poziomu znajomości którego byłam nawet całkiem dumna.

Do czasu, kiedy przyszła właśnie jedna z takich sytuacji, które zmusiły mnie do weryfikacji wyrobionego sobie wcześniej przeze mnie poglądu – bo o ile mój angielski jest całkiem przyzwoity w rozmowach po angielsku z innymi non-native’ami, o tyle podczas dyskusji z rodzimymi użytkownikami języka okazuje się, że no niby tak, ale jednak nie do końca. Co prawda przekaz informacji między nami zachodzi w miarę płynnie, natomiast zaczynają umykać mi różne językowe niuanse – od poszczególnych słów, przez idiomy, na odniesieniach do amerykańskiej czy brytyjskiej kultury kończąc. Pewną – niby dość oczywistą, a jednak nie myślałam o tym w ten sposób – rzecz wskazał mi ostatnio właśnie mój chłopak – mówiąc w innym języku najprawdopodobniej będziemy ‘mniej inteligentni’ – dlatego, że pewne sprawy z racji ograniczeń językowych będziemy upraszczać. Tą naszą ‘mniejszą inteligencję’ będą widzieć też inni i, świadomie lub nie, dopasowywać swój komunikat do naszych – założonych przez nich – możliwości. Ciekawą obserwację usłyszałam również kiedyś od jednego ze znajomych, freelancera, który stwierdził, że nic tak nie podniosło stawek, jakie zaczął kasować za swoje usługi niż to, że znacząco poprawił nawet nie tyle swój zasób słów, co swoją wymowę. Ciężko mi określić powód, dla którego tak się stało – podejrzewam, że każdy ma jakieś unconscious bias, które steruje jego odbiorem rozmówcy – niemniej jednak zwrot z inwestycji w naukę wymowy zdecydowanie był imponujący. Tak więc – ponieważ moja praca polega głównie na rozmowach z ludźmi, a spora część tych ludzi to na przykład Amerykanie, to angielski jest jednym z bardzo konkretnych narzędzi, o które muszę zadbać, aby swoją pracę wykonywać dobrze. A przynajmniej lepiej, niż teraz.

Próbowałam uczyć się więc angielskiego podobnie, jak uczę się węgierskiego – robiąc fiszki, fiszki z kontekstem i powtarzając codziennie nowe słowa. O ile w przypadku węgierskiego (którego własny poziom oceniłabym teraz na słabe A2) takie metody się sprawdzają, o tyle starając się wypchnąć swój angielski z (być może lekko na wyrost określonego) C1 do C2 już niekoniecznie. Bo szansa, że uda mi się aktywnie zapamiętać i użyć w codziennej rozmowie słowo izgatott (podekscytowany) jest większa, niż to, że podobnie stanie się z wbijanym sobie do głowy w ten sam sposób słowem circumlocution (‘mowa bez treści’, kluczenie, omijanie tematu). Jak w przypadku wielu innych hobby, tak i w kontekście nauki języków, internet pełen jest poradników dla (nomen omen) początkujących, dużo mniej jest wskazówek dla osób, które chcą dojść do poziomu mistrzowskiego. Ten post jest więc po części chęcią podzielenia się tym, co już znalazłam, a po części wyciągnięciem rąk o pomoc do czytelników – bo jeżeli ktoś zmaga się z podobnym wyzwaniem, to ja naprawdę chętnie przyjmę sugestie co do ustalenia strategii nauki!

Tak czy inaczej, na razie skupiam się na:

  1. Metodzie podpatrzonej tutaj – dedykowanej właśnie tym, którzy w procesie uczenia się języka nie są na poziomie absolutnie początkującym. TL;DW: w dokumencie zapisujemy sobie słowa, których istnienia jesteśmy świadomi, ale raczej nie użylibyśmy ich w rozmowie – lub słowa, których próbujemy się bezskutecznie nauczyć od dłuższego czasu. Do słów dodajemy ich znaczenie (polecam skorzystanie z vocabulary.com) i tworzymy z ich wykorzystaniem pewną historię. Historia sama w sobie nie musi mieć zbyt wiele sensu, ale ważne, żebyśmy napisali ją sami i żeby zdania były ze sobą w miarę logicznie połączone. Mając taki zestaw, powtórki polegają na czytaniu (najlepiej na głos) zarówno słów, jak i stworzonych historii.
Przykładowy zestaw słów + historia + ta sama historia z polami do uzupełnienia w miejscach nowych słów
  1. Cotygodniowych lekcjach z nauczycielem znalezionym na italki – jak na razie uczę się z Jamesem i sobie chwalę, bo na naszych lekcjach rozmawiamy sobie o wielu różnych tematach – od sprawdzania autentyczności obrazów wiszących w najbardziej znanych muzeach świata do podstawowej historii Węgier i tożsamości narodowej moich transylwańskich znajomych. Celowo nie proszę go o prace domowe – bo na te często już nie mam siły / czasu (więcej energii przeznaczam na węgierski – korepetycje, naukę własną i klub konwersacyjny), a on jest w porządku z tym, żeby przez tę godzinę odpowiedzieć na moje pytania i porozmawiać o tego dnia interesujących nas tematach.

No więc na razie jest to tyle – chciałabym w ten proces wpleść jeszcze gramatyczne karty pracy, ale jak na razie testuję obecny flow i to, jak szybko robię z jego wykorzystaniem postępy. Ciężko też w takiej sytuacji ustawić sobie cel – bo czy zdanie CPE oznaczałoby, że osiągnęłam już poziom, który pozwala na naprawdę swobodną komunikację i ekspresję myśli? Pewnie nie – a sama też nie jestem fanką uczenia się sterowanego certyfikatami (choć nie neguję ich przydatności). Jak na razie daję sobie czas na eksperymenty i ustawiam cele odnoszące się raczej do czasu spędzonego na nauce, niż na konkretnych wynikach – wierząc, że wyniki przyjdą “po drodze”. Tak czy inaczej – naprawdę chętnie posłucham o Waszych sposobach dążenia do językowego mistrzostwa, więc jeżeli macie swoje sprawdzone sposoby na przejście C1 → C2, to nie zapomnijcie dać mi o nich znać w komentarzach 🙂

PS niezmiennie polecam mój referral do italki, dający Wam $10 w prezencie.